"Historia roślin jadalnych" Jarosława Molendy

stycznia 15, 2015
Książka o dumnym tytule Historia roślin jadalnych od razu przyciągnęła mój wzrok w księgarni. Estetyczna okładka, interesujący temat, cena przystępna, nic tylko brać i czytać!


Niestety, czytając już pierwszy rozdział czułam, że to nie jest to, można powiedzieć, że byłam lekko zagubiona. No, ale od początku! Autorem jest pan Jarosław Molenda, i z tego co zdążyłam się zorientować z roślinami niewiele ma wspólnego - jest podróżnikiem-pisarzem, dziennikarzem. Może te informacje bardziej tłumaczą formę książki.

Historia roślin jadalnych opowiada historię roślin takich jak Ayahuaska - Pnącze Duchów (Banisteriopsis caapi), Jęczmień (Hordeum sp), Winorośl (Vitis sp), Morwa biała (Morus alba), Daktylowiec właściwy (Phoenix dactylifera), Przyprawy - goździki (Syzygium aromaticum)  i gałka muszkatołowa (Myristica fragans), Trzcina cukrowa (Saccharum sp).  Widać, iż autor starał się jakoś rozłożyć geograficznie, tak iż na każdy region jest choć jedna roślina.

Pierwszy rozdział dotyczący Ayahuaski trochę zbił mnie z tropu. Czułam się jakbym czytała artykuł z gazety naukowo-psychologicznej, sama roślina oraz jej historia zostały szybko opisane, i całość rozdziału skupiała się głównie wokół właściwości halucynogennych i wpływu na ludzki organizm, a także opisywane były rozmaite szamańskie sztuczki z użyciem tej rośliny. Nie powiem, było to ciekawe, ale podane było "niestrawnie", no i było to zupełnie co innego niż to czego się spodziewałam. Kolejny dowód na to, by nie oceniać książki po okładce:)

Zainteresowałam się tym pnączem, ale niestety jest w naszym kraju nielegalne.

Kolejne były bardzo podobnie skonstruowane, choć w przypadku jęczmienia, winorośli czy morwy opisywana była bardziej historia piwa, wina i jedwabiu niż samych roślin. Szkoda, choć rozumiem, że roślina ściśle związana była ze swoją wartością użytkową. Niemniej, gdybym chciała przeczytać historię wina czy piwa, z całą pewnością znalazłyby się obszerniejsze opracowania, w których zapewne byłoby także coś o uprawie. Tutaj był to raczej "liźnięte".

I tak, na przykład przy rozdziale o daktylowcu mamy podrozdział o udomowieniu wielbłądów. Z jednej strony spoko, ale czy to ma tak wiele wspólnego z daktylami? Czy ta informacja jest mi tak niezbędna do zrozumienia wartości i historii owoców Feniksa? Oczywiście było kilka interesujących elementów, ale są to krótkie anegdotki. Autor głownie cytuje różne źródła, gdzie pojawiają się słowa hasłowe i po jakimś czasie staje się to męczące. Dużo informacji podanych chaotycznie, bez ładu i składu.

Jedynie ostatni rozdział o trzcinie cukrowej jako jedyny przedstawiał naprawdę historię upraw i "wędrówek" w sposób przystępny. W taki sposób powinna wyglądać cała książka. Niestety. Ot, autor postanowił napisać coś o roślinach przy okazji swoich podróży po świecie:)

Ach, książka posiada zdjęcia! I są to dość nietypowe zdjęcia, gdyż doskonale pokazują, gdzie pan Molenda jeździ na wakacje:) Także mamy tutaj zdjęcie autora na tle trzciny cukrowej, delektującego się winem czy dosiadającego wielbłąda. Kosmos! No dobrze, tylko połowa zdjęć zawiera w sobie twarz pana Jarosława. Niemniej już lepiej było sobie darować dodawanie zdjęć, skoro są zgrupowane w dwóch miejscach na innym papierze.

Mam mieszane uczucia co do tej książki. Wiązałam z nią jakieś większe nadzieje, myślałam że będzie ambitniejsza, dowiem się czegoś ciekawego, tymczasem po przeczytaniu zapamiętałam niewiele, bo i niewiele rzeczy wartych było zapamiętania. Książka ma więcej wspólnego z historią podróży niż roślin, gdzie są one bardziej tłem niż przedmiotem opracowania. 

Zdecydowanie bardziej polecałabym tą książkę fanatykom historii, zwłaszcza orientującym się dokładnie kto był kim, kiedy i dlaczego. Osobom bardziej zainteresowanym samymi roślinami poleciłabym szukanie pozycji pisanych przez botaników i dendrologów, będą pewniejsze:)





3 komentarze:

  1. Odnoszę wrażenie, że Panią przerasta moja książka, dlatego łatwiej Pani napisać, że w moich "roślinnych" opracowaniach panuje chaos niż dopuścić do siebie myśl, że może nie dysponuje Pani zbyt wielką zdolnością koncentracji, polotem i oczytaniem. Każdy, kto pisze o swoich podróżach, zamieszcza fotografie, na których czasami widnieje. Ja podróżuję od ćwierć wieku, ale wtedy nie myślałem jeszcze, że będę pisał książki - to tyle w tym względzie. Moje książki mogą się Pani nie podobać - Pani święte prawo, ale pouczanie ludzi, którzy od wielu, wielu lat pracują w branży, czyli redaktorów, korektorów, grafików, o swojej osobie nie wspomnę, trąci śmiesznością. Oto co o książce, którą Pani zmieszała z błotem, sądzi szef kuchni La Chalet - Paolo Graffi - również mistrz w swojej dziedzinie: http://chef-lab.pl/?p=3179. Może warto zastanowić się nad własnymi osądami niż pozować na znawczynię tematu? Jarosław Molenda

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się bardzo, że sam autor książki zaszczycił mojego bloga obecnością:)

    Przeczytałam recenzję Pana Graffi i przyznam szczerze, że i tak nie zmieni ona mojego postrzegania Historii roślin jadalnych. Jak Pan już wspomniał mam do wyrażenia swojej opinii święte prawo i zamierzam z niego korzystać. Na treść patrzyłam przede wszystkim od botanicznej strony, gdyż jak widać zajmuję się głównie uprawą różnych roślin. Być może ludzie z innych dziedzin postrzegają tę lekturę lepiej.

    Pan natomiast zamiast pisać komentarze w podobnym stylu jak powyższe, powinien sobie wziąć do serca uwagi czytelników (w swoich odczuciach nie jestem sama), tak aby kolejne Pana książki były lepsze. Pozdrawiam serdecznie i czekam na kolejne książki. Mam nadzieję, że będą one miały wyższe oceny oraz recenzje:)

    PS: Na Chlorofilowym Dzienniku jest także recenzja innej Pana książki:

    http://chlorofilowy-dziennik.blogspot.com/2016/03/rosliny-ktore-udomowiy-czowieka-recenzja.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety podzielam Pani opinię. Okładka skusiła i zachęciła do kupna. Na marginesie dodam, że książka kupiona była do pracowni szkolnej i miała pomóc w edukacji dotyczącej roślin jadalnych.
    Zdecydowanie jest w niej zbyt dużo historii opartych o mitologię i dawne wierzenia, niż o jasne fakty. Bardziej zaliczyłabym taką książkę do pozycji podróżniczo-historycznych lub do powieści.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.